Moje życie z pomysłem

Zostań królową słodkości w swoim domu w kilku krokach

Zostań słodką królową karnawału część I

Na spotkanie towarzyskie i słodkie co nieco zawsze mam ochotę. Ale to właśnie teraz, w okresie posylwestrowym, najczęściej goszczę u siebie przyjaciół i wprost nie potrafię sobie wyobrazić, bym na te okazje nie przygotowała pysznego deseru. W końcu kiedy, jak nie teraz, pozwolić sobie na zwiększoną dawkę słodkiego szaleństwa? Jak szaleć, to na całego, a jak zostać królową – to w karnawale!

Robot_kuchenny_karnawałowe_wypieki

Zapytana o to, od czego zacząć swoją domowo-cukierniczą przygodę, znalazłam w zasadzie jedną odpowiedź: najlepiej od… kuchni, czyli wyposażenia. Wydaje się proste, prawda? Ale czy na pewno…? Był taki czas, gdy bez opamiętania doposażałam kuchenne kąty we wszelkie możliwe przydasie, rzecz jasna – przekonana o ich niezbędności. Dzisiaj większość z nich leży w najgłębszych zakamarkach szuflad, zapomniana i opuszczona, bo do prawdziwego kulinarnego szczęścia wystarczy rozsądny, przemyślany zestaw.

Skompletuj najważniejsze formy i foremki

Sprawa wydaje się być jasna: bez form do wypiekania się nie obejdzie. Najlepiej określić własne potrzeby i na ich podstawie budować foremkowe zaplecze (zarówno pod względem przeznaczenia, jak i rozmiarów). Do najczęściej używanych w mojej kuchni zaliczam: okrągłą tortownicę, formę kwadratową z wysokim rantem, foremkę do tarty (o niskim, karbowanym rancie – okrągła lub prostokątna), tradycyjną keksówkę i formę do wypiekania muffinek.

Na co zwracam szczególną uwagę stojąc przed zakupem? Przede wszystkim na wykonanie i rodzaj materiału. Osobiście najbardziej lubię lekkie formy aluminiowe z porządną warstwą powłoki nieprzywierającej. Najmniejszą miłością darzę natomiast wykonane z blachy ocynkowanej (bez dodatkowej powłoki) – mają ogromną tendencję do szybkiego rdzewienia. Nieszczególnie też lubię wypiekać w foremkach silikonowych – co prawda zajmują mniej miejsca, ale gorące ciasto wyjęte z piekarnika momentalnie się w nich „poci”, nabierając wilgoci. Te ostatnie – silikonowe – dzięki swoim elastycznym, nieprzywierającym właściwościom idealnie natomiast nadają się do przyrządzania wszelkich deserów zastygających (typu: panna cotta, czekoladki, pralinki, galaretki, etc.), nadając im fantazyjne kształty.

Aby długo cieszyć się dobrą kondycją i nienagannym wyglądem moich foremek, przestrzegam dwóch prostych zasad: metalowe foremki przyjaźnią się z papierem do pieczenia i bardzo, ale to bardzo! nie lubią kontaktu z nożem.

Zainwestuj w przydatne akcesoria kuchenne

Akcesoria_kuchenne

Po pierwsze: waga i miarki.

Mówi się, że kuchnia to nie apteka… I ja się z tym zgadzam, bo od bezmyślnego, precyzyjnego odmierzania składników – ważniejsze jest próbowanie i budowanie potrawy dostosowanej do własnego smaku. Jednak ta słodsza cześć kulinariów bywa wymagająca, a zachowanie poprawnych (a czasem po prostu rozsądnych) proporcji niektórych składników jest kluczowe, by cieszyć się udanym, smacznym deserem. To nie fanaberie, waga i miarki mają sens. Warto więc mieć pod ręką specjalny zestaw łyżeczek, dzięki którym precyzyjnie można odmierzać najczęściej wykorzystywane wielkości (1 łyżka = 15 ml, 1 łyżeczka = 5 ml, ½ łyżeczki = 2,5 ml, ¼ łyżeczki = 1,25 ml, oraz 1/8 łyżeczki = 0,625 ml). Do kompletu dorzucam jeszcze ½-litrowy lub 1-litrowy dzbanek z tłoczoną lub nadrukowaną miarą pojemności – u mnie przydaje się nadzwyczaj często. Wagi też nie próżnują: co prawda analogowa (zegarowa) pełni już głównie funkcję ozdobną, ale elektroniczna (z bardzo przydatną funkcji tarowania) śmiga za każdym razem, gdy najdzie mnie ochota na pieczenie ciasta.

Po drugie: przesiewacz do mąki.

Może być też po prostu tradycyjne, gęste sito, ale przesiewacz w formie kubka, ze sprężynującym mechanizmem jest w domowych warunkach wygodniejszy. No i zabiera mniej miejsca. O tym, że mąkę należy przesiać bezpośrednio przed użyciem – teoretycznie pewnie każdy kiedyś słyszał… Ale dlaczego to takie ważne? W pierwszej kolejności, aby pozbyć się grudek i ewentualnych zanieczyszczeń. W końcu kto z nas chciałby raczyć się ciastem z przypadkowymi dodatkami? Przesiewanie ma jeszcze dodatkowe znaczenie: napowietrza mąkę. To żadna magia, ot zwykła fizyka. Swobodnie spadający pył rozluźnia się, między drobinki dostaje się powietrze, a mniej zbita mąka daje pulchniejsze, lepiej wyrośnięte ciasto.

Po trzecie: szpatułki.

Do szpatułek silikonowych ody pochwalne mogłabym pisać. Mam do nich prawdziwą słabość, więc kolekcja rośnie i rośnie. Służą mi do przekładania surowego ciasta, piany, różnych mas, ale też do rozsmarowania kremu, czy delikatnego ręcznego przemieszania składników. Nie ma na świecie takiej metalowej, czy drewnianej łyżki, która potrafiłaby równie idealnie i niemal do czysta zgarnąć zawartość z dna i ścianek naczynia.

Jakie wybierać szpatułki do celów cukierniczych? Mnie najlepiej pracuje się na tych w całości odlanych z grubej warstwy silikonu. Są elastyczne i łatwe w utrzymaniu czystości. Gdy decyduję się na materiały łączone (np. drewno i silikon) sprawdzam, czy rączka jest wystarczająco mocna, a łopatka niezbyt wiotka. Szpatułka musi być solidna, zbyt rachityczna nie wytrzyma nacisku podczas zgarniania masy i szybko się złamie.

Do smarowania kremem, czekoladą czy lukrem lepiej sprawdza się łopatka o płaskiej, metalowej powierzchni.

Po czwarte: wałek.

Wałek ma złą sławę. Zapewne z powodu niewybrednych anegdot, które czynią go atrybutem rozzłoszczonej kobiety. Tymczasem jedynym jego prawdziwym powołaniem jest niewinny, chociaż nierzadko konieczny kontakt z surowym ciastem. W tym i tylko tym kontekście jest wprost niezbędnym przydasiem. Trudno wyobrazić mi sobie przygotowanie tarty, kruchych babeczek, tartaletek, słodkich pierożków, niektórych drożdżowych wypieków, czy pierniczków – bez jego udziału. Wałek być musi! Producenci chwalą nowoczesne wałki silikonowe i metalowe, które podobno nie przywierają do ciasta i są łatwe w utrzymaniu czystości. Ja jednak po różnych krótkotrwałych „skokach w bok”, postanawiam trwać wiernie przy moim staruszku z bukowego drewna. Wytłoczony jest z jednego kawałka, nie ma rączek (to tzw. wałek francuski) i pomimo swoich lat wciąż świetnie się trzyma i nieźle pracuje.

Po piąte: kratka do studzenia.

Żart? Bynajmniej! nie żart, a niezbędnik. Nieważne: okrągła, czy prostokątna, mała, czy duża, w krateczkę czy ze szczebelkami – to dzięki niej studzenie ciast przebiega sprawnie, wypiek nie wilgotnieje od spodu, a blaty kuchenne nie niszczeją od kontaktu ze zbyt wysoką temperaturą.

Po szóste: jeszcze kilka dodatkowych gadżetów dla słodko zakręconych.

Bo to jest tak, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, a czasem… w miarę tworzenia. Naturalna kolej rzeczy sprawia, że małymi krokami pokonujemy kolejne szczebelki kulinarnej drabiny. Im więcej słodkości wychodzi spod naszych dłoni, tym na kolejne – coraz ciekawsze, czasem trudniejsze – mamy ochotę. Nie wystarcza już zwykły placek, kruche ciasteczko, czy galaretka z proszku. Pojawia się ochota na wytworny torcik, idealną włoską bezę, rozpływające się w ustach crème brûlée, albo eleganckie migdałowe makaroniki, niczym z francuskiej cukierni…

O tak! ja również doświadczam tego wyzwania, dlatego na mojej liście specjalnej pojawia się:

- termometr spożywczy – niezbędny do przygotowania karmelu, cukrowego syropu, niektórych kremów, lemon curd’u, nugatu, rozpuszczania czekolady, mierzenia temperatury smażonych owoców lub temperatury tłuszczu (np. w trakcie smażenia pączków i faworków), a to pewnie jeszcze nie koniec zastosowań…

- metalowe tylki i worek cukierniczy – idealne do zdobienia, nadziewania, wyciskania, etc.

Przy pomocy odpowiednio dobranej końcówki fantazyjnie ozdabiam kremem ciasta i babeczki, w łatwy sposób nadziewam konfiturą pączki, wyciskam kształtne bezy i masę makaronikową albo maluję pierniczki.

- ręczny palnik gazowy – przypiekam nim i karmelizuję cukier bezpośrednio na deserze, ale w szeroko pojętych kulinariach przydaje się częściej (np. do opalania).

- gałkownice o różnych pojemnościach – nie są artykułem pierwszej potrzeby, ale nie umiałabym się już z nimi rozstać. Dzięki swojemu mechanizmowi „wypychającemu” idealnie sprawdzają się przy porcjowaniu surowych ciast (szybko, sprawnie i czysto). Najmniejszą (o pojemności 7,5ml = 1,5 łyżeczki) formuję malutkie, zgrabne trufelki. Nieco większą (22,5 ml = 1,5 łyżki) odmierzam masy ciasteczkowe, dzięki czemu po upieczeniu każde jest jednakowej wielkości. A najpojemniejszą (2,5 łyżki = 37,5 ml) wykorzystuję przy porcjowaniu ciasta na muffinki i babeczki.

Przedstawiłam Ci mój zestaw drobnych akcesoriów kuchennych. Używam go na co dzień i jak widać, składa się w większości z prostych, podstawowych elementów. Chciałabym Cię zainspirować do własnych poszukiwań. Skompletuj swój zestaw i rozpocznij słodką przygodę :)

Małgosia, autorka bloga Pieprz czy Wanilia